Kiedy zmęczy Cię już budowanie poczucia własnej wartości opartego na komplementach i uznaniu innych…

…pamiętaj, że tak naprawdę nigdy nie było Ci to potrzebne!
Tak bardzo się myliłam, kilka lat temu, kilka miesięcy temu, kilka dni temu – kiedy patrząc w oczy mojej terapeutki, z niesłychaną szczerością i otwartością odpowiedziałam TAK. Jakie było pytanie? Opowiem Wam pewną historię. Historię kobiety, która się myliła.
Każdego dnia wkładamy maski. Nie ma w tym niczego dziwnego. W społeczeństwie pełnimy role. Wiele ról. W każdej z tych ról jesteśmy kimś innym. I ja też zakładałam maski. Zwykle wtedy, kiedy czułam się słaba. Nie było to dla mnie wystarczające. Postanowiłam stworzyć coś mocniejszego, nie maskę, a zbroję, która miała mnie oddzielić od świata zewnętrznego, zapewniając bezpieczeństwo. Zbroja miała mnie chronić przed wszystkim, czego nie chciałam doświadczać, czego nie chciałam czuć. Po czasie zbroja przestała mi wystarczać. Postanowiłam dołożyć do niej coś jeszcze. Maska, zbroja, co powinnam dołączyć? Może powinnam wyłączyć emocje? Dobrze – zamontuję przycisk wyłączania emocji, tak dla pewności, żebym była naprawdę bezpieczna.
Maska uśmiechu, zbroja siły i wyłącznik emocji. Stałam się superbohaterką?
Nie – stałam się kreacją siebie samej. Ukryta pod wieloma warstwami mosiężnych wyobrażeń mocy, siedziałam tak sobie przez wiele lat, udając, że to wszystko jest takie – jak być powinno. Czasami zdejmowałam to z siebie – naga, obdarta z bezpieczeństwa próbowałam żyć normalnie. Tak bardzo pragnęłam stać się tą Zuzą sprzed lat. Zupełnie nie wiedziałam jak mam to zrobić, co gorsze, wydawało mi się, że muszę to zrobić. Rozpoczęłam pogoń za dawną sobą, chociaż nie wiedziałam dokąd biegnę, gdzie jest ten idealny moment, w którym ,,byłam sobą’’. Bywały lepsze i gorsze momenty. Momenty olśnienia i objawienia. I TE naprawdę DOBRE chwile.
To nie tak, że cokolwiek było udawane, było ukrywane. Ukryłam cały smutek, żal, cierpienie. Schowałam się przed światem i przed ludźmi. Przed niewygodnymi emocjami. Ukryłam się przed sobą.
Wszystko co wydawało mi się we mnie – nie takie, próbowałam zmienić.
Rozpoczęłam proces przemian oparty na słowach ludzi, którzy tak bardzo potrzebowali mnie oceniać. Uznałam, że to dobrze, że słyszę to wszystko, dzięki temu będę mogła się rozwijać. Zapomniałam o najważniejszym – czy ja naprawdę tego potrzebowałam?
Pewna siebie, silna, dąży do celu, jak rakieta leci między niepowodzeniami, radosna, patrząca na życie przez pryzmat pozytywów, we wszystkim dostrzega lekcję, wypełnia ją wdzięczność, spokojna, zrównoważona, odpowiedzialna, pełna życia.
Taką osobą chciałam być – taką siebie stworzyłam. Czy przepracowałam to, co złe, by odnaleźć spokój? Nie. Gówno przykryłam kwiatami. I wiem, że rośliny potrzebują nawozu, ale na zgliszczach i smrodzie nie urodzi się nic pięknego, najpierw ten syf trzeba uprzątnąć. Nie zrobiłam tego, postanowiłam zabawić się w porządki, takie bez sprzątania. Kurz przykryty pięknym dywanem? Nie ma problemu. Kilka lat zbierały się te śmieci i odpady w postaci poczucia żalu, rozpaczy, obwiniania siebie za każde niepowodzenia, każda z tych emocji wyłączona i schowana skrzętnie pod dywan. Piękny ten dywanik, tak ładnie przykrywa syf mojego życia, prawie zapomniałam, że tam był.
Wiecie, kiedy nastąpił moment kulminacyjny? Jak wszystkie śmieci niczym potwory spod łóżka, zaczęły wydobywać się na zewnątrz. Oblazły mnie i prawie pokonały. Zbroja nie była już bezpiecznym schronieniem, przestałam ją zakładać. Maskę ukryłam w szafie, a emocje postanowiłam włączyć…i wtedy, wtedy to wszystko wróciło ze zdwojoną siłą.
Uznanie, którego nie potrafiłam sobie nigdy dać. Wiara w siebie i w swoje umiejętności. Talent, który szlifuję. Przeciwności, które pokonałam. Zmiana jaką pielęgnowałam w sobie przez ostatnie lata – okazały się bańką mydlaną.
I oto znów jestem w punkcie sprzed lat.
Jak do tego doszło? Sama wymierzyłam w siebie cios. Postanowiłam opierać poczucie własnej wartości na zapewnieniach innych. Wydawało mi się, że mnie to wznosi. Wydawało mi się, że to jestem JA – ta prawdziwa i odmieniona. Zrozumiałam, że jestem niesamowicie krucha i słaba. Dotarło do mnie, że nigdy nie przepracowałam swojej popierdolonej przeszłości.
Rozpoczynając terapię pomyślałam, że przecież ja mam już to wszystko za sobą, że będę pracować tylko nad tym, co na bieżąco, cel był inny, nie spodziewałam się, że wszystkie rany nie są zaleczone, ba, nie są nawet odkażone, one ropieją pod kolorowym plastrem z kwiatuszkiem. Odkleiłam pierwszy plaster i poczułam straszny smród przeszłości. Poczułam jak bardzo mnie to boli, jak bardzo nie rozumiem tego, co się stało i jak długo przed tym uciekałam. Z osoby, która zbudowała sobie poczucie własnej wartości na zapewnieniach innych, nagle, z dnia na dzień, stałam się osobą, która nie wiem kim jest!
Czy dziś wiem kim jestem? NIE! Absolutnie nie wiem o sobie nic i to na początku terapii strasznie mnie wkurwiło. Z każdym kolejnym pytaniem terapuetki docierało do mnie, że to była iluzja. Ja pierdolę…jak złudne było moje wyobrażenie siebie – tej stworzonej na potrzeby okoliczności. Tak wygodniej, tak lepiej, tak bez problemu dla innych, nikt nie chce patrzeć na smutną Zuzę, która nie wie kim jest. Z każdą kolejną wizytą obserwowałam jak bardzo zmienia się moja osoba. Staję się nerwowa, zmęczona, przytłoczona, wściekła, zrozpaczona, niezrozumiana, samotna. I nieważne ile ludzi zapewniłoby mnie w tamtym momencie, że to nieprawda – nie docierało to do mnie. Dlaczego? Bo zrozumiałam, że już tego nie potrzebuję.
Jestem taka – dziś – ponieważ porządkuję swoją pojebaną przeszłość.
Jeśli komuś to nie pasuje, to znaczy, że nie ma w moim życiu miejsca na takie osoby. Bezwzględne – no raczej, ale przepraszam bardzo – zmiany są ciężkie. Trzeba dotknąć najciemniejszych zakamarków swojej przeszłości, wejść w nie, poczuć to, co koniecznie do uzdrowienia. Należy płakać, czuć żal, wściekłość, zmęczenie psychiczne i fizyczne – by poznać siebie.
Dzisiaj poznaję się na nowo, zdając sobie sprawę z tego, że wiele, wiele lat funkcjonowałam w schemacie. Byłam dla siebie wrogiem. Skarciłam się za każdą rzecz w swoim życiu. Kopałam się, kiedy upadałam. I nawet jeśli próbowałam okazywać sobie miłość, ona nie działała na dłuższą metę, bo czułam do siebie odrazę i niechęć. Wzięłam odpowiedzialność za wszystko z nadzieją, że to mnie uzdrowi. Gówno prawda. To mnie prawie zniszczyło!
Wiem, że na samym końcu jest akceptacja, wiem też, że ja nigdy do tego końca nie doszłam.
Nigdy nie zaakceptowałam tego, co mnie spotkało. Próbowałam kochać siebie, jednocześnie karałam się za wszystko. Wyparłam. Zapomniałam. Stworzyłam inną rzeczywistość. Wszystko to zatoczyło koło i spuściło mi straszny wpierdol.
Jestem w punkcie przed którym uciekałam latami. Kilka razy w tygodniu przez ostatnie lata - miałam sen - uciekałam. Ostatnio zrozumiałam, że nie tylko uciekałam przed przeszłością, ale uciekałam przed sobą. Przed tą wersją siebie, która jest niezwykle surowa i apodyktyczna. Przed tą wersją siebie, której nigdy bym nie chciała spotkać.
Wyszłam z tego punktu wiele lat temu, wróciłam do tego punktu dziś. Podjęłam decyzję – nie uciekam, stawię temu czoło. Niezależnie od tego jak trudne to będzie – nie będę ukrywać emocji, nie będę zaklinać rzeczywistości, przestanę się katować.
W życiu miewamy wiele upadków i wzlotów. Doświadczamy chwil, które nas zgniatają i tych, dzięki którym rośniemy. Każdego dnia kreujemy rzeczywistość na własnych zasadach, w oparciu o schematy, które znamy, doświadczenia, które nas doprowadziły do tego momentu, ale…żadna przeszłość nas nie określa. Dzisiaj próbuję połączyć obie wersje siebie. Pragnę, by te dwie dziewczyny tak po prostu podały sobie rękę – na zgodę. I w życiu bym nie pomyślała, że siadając na kanapie, w małym, ciepłym i przytulnym pokoiku, pewnego listopadowego popołudnia – stanę w prawdzie ze sobą.
,,Czy uważa Pani, że Pani poczucie własnej wartości jest zależne od innych ludzi?’’ – TAK.
I to był moment, w którym zrozumiałam, że bańka właśnie pękła, śmietnik się przepełnił, potwory wyszły spod łóżka, a kurz spod dywanu rozlazł się na całe mieszkanie. Dziś już nie będę psikała drogimi perfumami nad olbrzymim gównem udając, że go nie widzę. Dzisiaj po prostu sprzątnę po tym całym syfie, który nosiłam w sobie przez lata i…będę szczęśliwa sama ze sobą.
Tak po prostu.



